Kolejne trzy dni razem, pierwszy dzień rozłąki tygodniowo-pracowej. W tym tygodniu jest dramat.
Byliśmy na desce. Pardon, on był na desce, ja zdecydowanie częściej łapałam z deską równy poziom. Od wielu lat chciałam się nauczyć, nigdy się nie składało. W końcu wiem jak to jest na snowboardzie. Moje ciało za to zgłasza bunt na wszystkich frontach. Nie podoba mu się ten powrót do sportu – mięśnie nie ogarniają, epi panikuje. W niedzielę poddałam się zdecydowanie za wcześnie jak na moje chęci, ale głowa nie pozwoliła na więcej. Hiperwentylacja, brak sił, hiperwentylacja, ból. Koniec jazdy.
To dla mnie ostra lekcja pokory. Zawsze byłam sprawna, zawsze byłam wysportowana. A tu zaczynam od początku. Ani mięśni, ani skilla. Wszystko od zera, od poziomu inwalidy, którym się stałam przez półtora roku nieregularnego uprawiania sportu. I znowu, ból mięśni jest niczym w porównaniu z bólem psychiki. Kolejne przełamanie, które mnie czeka. Muszę dać radę.
Obolała i przeziębiona siedzę w pracy, nie mogę sobie pozwolić na dalszą nieobecność. Ale nie to jest najgorsze. On sobie nie radzi z tą sytuacją kompletnie. Nie radzi sobie z wkładaniem mnie do pociągu, z patrzeniem jak odjeżdżam. Dla mnie to ciężkie, ale on przechodzi sam siebie. Nie śpi, nie je. Głos ma zgaszony, wariuję jak Go słyszę w takim stanie.
Sytuacja się odwraca. On przeżywał ciężkie chwile patrząc jak sama próbuję ogarnąć jazdę na snowbordzie, ja nie mogę wytrzymać wiedząc jak mu jest ciężko i widząc jak próbuje sam to ogarnąć.
Masakra.